poniedziałek, 18 czerwca 2018

Spotkanie nr 24

Nasze ostatnie spotkanie, chociaż przebiegało w niezwykle przyjemnych okolicznościach, przyniosło nieoczekiwane skutki w postaci zwalającego z nóg wirusa, którego efekty odczuwam do dzisiaj, więc i sprawozdanie będzie krótkie.

Jeśli chodzi o dzieła autorstwa Szekspira, to żądza władzy jest mi na tyle obca, że w żaden sposób nie mogę się identyfikować z bohaterami i ta sztuka mnie nuży. Natomiast "Macbeth" Jo Nesbo generalnie nam się nie podobał, więc poświęciłyśmy mu zaledwie kilka minut i zajęłyśmy się innymi, przyjemniejszymi tematami.

Wygląda na to, że wolimy, gdy książki traktują o bliższych nam kwestiach. Bo też zupełnie nie miałyśmy o co się kłócić!

Za to miejscówka była wyjątkowo udana i siedziałyśmy w ogrodzie do 23. Mam jednak wrażenie, że właśnie te domowe okoliczności sprawiły, że kwestię dyskusji nad książką potraktowałyśmy wyjątkowo (nawet jak na nas) lekko.

piątek, 13 kwietnia 2018

Spotkanie nr 23

Ostatnimi czasy na naszych spotkaniach z upodobaniem podnosimy trudne tematy i nawet się spieramy! Czyli nie tylko potakujemy sobie wzajemnie i spijamy z dziubków, ale wyraźnie się różnimy, a gesty i ton głosu niejednokrotnie wskazują na silne emocje.

Tak było i przy okazji omawiania książki "Zanim się pojawiłeś" autorstwa Jojo Moyes, przy czym, o dziwo!, nie poszło o eutanazję, ale o gwałt.

Co do samej lektury to podtrzymuję zdanie, że czyta się lekko i sprawnie, ale moim zdaniem niespecjalnie wyszło to połączenie trudnych i kontrowersyjnych kwestii z literaturą popularną. Tu jednak nasze opinie były podzielone, bo chociaż eutanazji mówię "tak", to niespecjalnie mnie autorka przekonała, że akurat w tym przypadku procedura byłaby zasadna, Moyes przekonała za to Katarzynę, i było to dla Kasi zaskakujące odkrycie.

Żeby wyjaśnić moją czepialskość: chodzi mi tu przede wszystkim o brak argumentów, które zresztą i tak nie miałyby szans w dominującej romansowej konwencji. A przecież nie uważam, że na każdym kroku powinno się podkreślać cierpienie bohatera (patrz "Małe życie").

Z drugiej strony, podczas spotkania padło słuszne stwierdzenie, że lepiej dotrzeć do szerszej grupy odbiorców w jakikolwiek sposób, niż nie poruszać tematu w ogóle.

Nadmienię jeszcze przy okazji, że chciałam pogłębić poziom naszych dysput, bo zupełnym przypadkiem natknęłam się na bardzo akuratny esej filozoficzny, ale zostałam szybko zgaszona i temat umarł :) Nie tracę jednak nadziei.

I jeszcze dwa zdania o restauracji. Wystrój w "Ryżu" jest rzeczywiście minimalistyczny i tak tam cicho, że musiałam się powstrzymywać, by nie mówić szeptem (ale tylko przez jakiś czas). Jedzenie smaczne, kaczka faktycznie chrupiąca, chociaż zabrakło mi warzyw na talerzu, a makaron z woka z różnymi dodatkami (nie pamiętam nazwy) to zazwyczaj moje ulubione danie. Deser za to mi niespecjalnie smakował, lody bez wyrazu i chociaż rozumiem, że podobno ryż al dente to świetna sprawa, ale jestem zwykłą profanką oraz prostym człowiekiem, więc twardego ryżu, nawet jeśli jest czarny i podany na słodko, nie lubię.

Za to ryż na parze jako dodatek do dania głównego - bdb.

piątek, 9 lutego 2018

Spotkanie nr 22


W mroźny, niedzielny wieczór spotkałyśmy się w gdańskim Pueblo, by podyskutować na temat książki Elizabeth Strout "To, co możliwe". Pueblo okazało się idealnym lokalem na zimową pogodę - soczyste kolory, całkiem wysoka temperatura i smaczne jedzenie bardzo mi podpasowały (pyszne Ceviche’s de Res a La Tartara , natomiast kiepskie Jalapeńo Chiles Relleńo; główne dania podawane na gorących patelniach: bdb).

Strout natomiast, chociaż się podobała, nie wzbudziła jakiegoś szczególnego entuzjazmu. Po pierwsze, i całkowicie się z tym zgadzam, ciężko było śledzić losy wszystkich bohaterów opowiadań, bo było ich tak dużo, że zaczynali się mylić i ogarnięcie powiązań między nimi było dość trudne. Po drugie, chociaż oczywiście lektura "Mam na imię Lucy" nie była konieczna, to jednak uzupełniała kilka informacji i wygodniej byłoby ją przeczytać tuż przed zbiorem opowiadań, który wybrałyśmy.

Pamiętam też fragment pewnego wywiadu ze Strout, w której zapytano ją, czy zdradza wszystko na temat swoich bohaterów, czy też wie o nich o wiele więcej. Strout bez wahania odpowiedziała, że ujawnia tylko część informacji, a sporo zachowuje tylko dla siebie. Może to właśnie, chociaż nie jestem wielbicielką niedopowiedzeń w książkach, sprawia, że Strout mnie przekonuje. Faktycznie traktuję jej bohaterów, jak istniejących, żywych ludzi. Taki cytat ze Strout: "Uświadomiłam sobie nagle, i było to bardzo mocne uczucie, że piszę o ludziach, którzy – choć ich zmyśliłam – istnieją, są prawdziwi. Muszę więc pisać o nich najbardziej szczerze, jak potrafię."

I ta szczerość do mnie trafia.

Chociaż najbardziej podobali mi się "Bracia Burgess".

piątek, 12 stycznia 2018

Spotkanie nr 21

Jeannette Walls "Szklany zamek"

"Szklany zamek" wzbudził spore emocje i, co ciekawe, tym razem główny spór zarysował się na linii Marta - Alicja (chociaż też miałam w tym udział) i dotyczył opinii na temat autorki i tego, jak opowiada o swoich losach. Cudowne! Uwielbiam, gdy choć trochę się kłócimy, a nie zwykła nuda, ciągle się tylko zgadzamy i zgadzamy.

A Tawernę Zante w Gdyni możemy polecać. Nieduża, bezpretensjonalna, całkiem smacznie, w sam raz na niezobowiązujący obiad czy kolację (Jeśli mam się czepiać, to moje danie było jednak tak ostre, że praktycznie nie było czuć innych smaków. Za to zupa rybna - bdb.)

Spotkanie nr 20

Dan Brown, "Początek"

Doskonale wiedziałam na co się piszę, wybierając książkę Browna, jednak mimo niewysokich oczekiwań, rozczarowanie było duże.

Po pierwsze, to uczucie na końcu, gdy po zapowiadanym od pierwszych stron trzęsieniu ziemi, okazuje się, że ze stołu spadła łyżeczka.

Po drugie, rozdrażnienie, które czujesz po 100 stronach, gdy nadal nic się nie wydarzyło, ale za to co chwilę autor ci mówi: "To niesamowite, co się zaraz stanie. I to się stanie. Naprawdę. Już wkrótce! Zobaczysz!"

Po trzecie: wydumana fabuła, która zamiast wciągać, ciągnie się jak flaki z olejem.

Z plusów, autor dał nam możliwość ponatrząsąć się z jego twórczości, co zawsze jest zabawne i o wiele prostsze niż chwalenie. I przynajmniej powiedział nam wreszcie, co zrobił Kopernik. Ale ja ostatnio widziałam w książce wydanej po polsku przypis wyjaśniający, co znajdowało się w Oświęcimiu w czasie wojny, więc nic mnie już nie zdziwi.

A w dodatku, co było moim pobocznym celem przy wyborze książki, zeszłyśmy na całkiem poważne tematy wiary i naszego do niej podejścia.

W hiszpańskiej restauracji Espléndidos w Gdyni  karmią smacznie (i hojnie, porcje były duże), spokojnie można znowu się tam wybrać. Dobra opcja latem, przy okazji wizyty w Orłowie (żeby w żadnym wypadku nie zabłądzić do Tawerny Orłowskiej!). Ach, i obsługa bdb. Zrobią np. wymyślne napoje na życzenie i podają ciepłe herbatki z dziwnych (ale smacznych) składników :)

Spotkanie nr 19

Kornel FIlipowicz, "Moja kochana, dumna prowincja. Opowiadania"

Co tu dużo mówić: proza na najwyższym poziomie. Faktycznie, po przeczytaniu człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego tak zdolny, dojrzały i ciekawy autor nie zyskał międzynarodowej sławy. A już dlaczego nie jest doskonale znany w Polsce, to prawdziwa zagadka. W dodatku Filipowicz jest królem mojego ulubionego, oszczędnego stylu.

Jedna z lepszych książek, które przeczytałyśmy w ramach spotkań.

Za to restauracja "Rada Miasta" nie byłaby najgorsza, bo jedzenie, o ile pamiętam, było ok (chociaż moje pierogi zimne), ale niestety trafił nam się kelner - prawdziwy buc, który po pierwsze przekonywał, że potrzebny mąż, który szybko i sprawnie wybierze za mnie jedzenie (przecież baba sama nie potrafi, a skądże), a potem koniecznie chciał nam wcisnąć butelkę polskiego wina, dwukrotnie droższą niż te, które mu wskazywałyśmy. Po zdecydowanej odmowie, kelner walnął focha.

I teraz się zastanawiam: dlaczego właściwie zostawiłyśmy mu napiwek?

piątek, 13 października 2017

Spotkanie nr 18

Trzeba przyznać, że tym razem naprawdę dobrze wybrałyśmy miejscówkę. Całe szczęście, bo życie Doriana Greya i jego jego towarzystwa z wyższych sfer kręci się wokół wieczornych kolacji i wyjść do opery czy teatru, więc pod tym względem świetnie wpisałyśmy się w klimat powieści. Jednym z plusów restauracji Correze jest lokalizacja - bardzo lubię tamtejszy widok na nabrzeże Motławy i najchętniej ciągnęłabym w to miejsce każdego odwiedzającego Gdańsk.

Do Correze mogę wrócić nawet i jutro, bo kaczka była po prostu fantastyczna. Puree ziemniaczane z nutką chrzanu, świetna zielenina z pysznym sosem i doskonałe mięso - w moim rankingu jeden z lepszych posiłków zjedzony w ramach naszych spotkań literacko-restauracyjnych. Desery też b. ok, chociaż jak na mój gust tort bezowy był nieco za słodki, gdybym natomiast wzięła brioszkę - byłabym zupełnie ukontentowana.

Literacko też się spisałyśmy - Oscar Wilde nie zawiódł. Portret Doriana Graya, czytany przeze mnie ponownie po latach, bardziej bawi niż męczy egzaltacją, ale jeśli odrzucić tę (okropną moim zdaniem) manierę, zostaje naprawdę ciekawa historia.

Ciekawostką jest styl pisania Wilde'a - u niego co strona, to aforyzm. Albo i pięć. Aż trudno oprzeć się wrażeniu, że to celowy zabieg. Na dłuższą metę czytanie czegoś takiego byłoby strasznie męczące, ale "Portret..." jest na szczęście dość krótki.

Przyznam się natomiast bez bicia, że niespecjalnie czułam się zmotywowana do zaangażowanej dyskusji na temat literatury. Może przez to, że było to pierwsze spotkanie powakacyjne i miło było powymieniać się bieżącymi wiadomościami.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Spotkanie nr 17

(Naprawdę? Już 17?!)

Hanemanna doceniłyśmy wszystkie, nawet biorąc pod uwagę fakt, że styl pisarski Chwina nie każdej przypadł do gustu. Jednak trudno nie zachwycić się pomysłowością przedstawienia losów okołowojennych Gdańska przez pryzmat rzeczy - to jedyne co pozostawało po masowych, wymuszonych przez historię, wędrówkach ludów. Rozdział "Rzeczy" oraz scena wejścia i zadomawiania się polskiej rodziny w poniemieckim mieszkaniu - faktycznie genialne. Kilku z nas brakowało w tej powieści emocji i życia, przeszkadzało przedkładanie losów przedmiotów nad losy ludzi, ale za to miałyśmy okazję poznać kolejną odsłonę charakteru Alicji i jej zamiłowanie do rzeczy właśnie. Bo to co dla jednych jest powodem co szybszego przewracania kartek, u innych powoduje potrzebę kilkukrotnego czytania długich fragmentów.

Na spotkanie przedwakacyjne umówiłyśmy się w niezwykle malowniczym miejscu, bo restauracja Panorama znajduje się na szczycie Kamiennej Góry i faktycznie widok na zatokę jest przepiękny. Uznałyśmy, że wystrój też jest w porządku, prosty i wyraźnie kojarzy się z wczasami nad morzem (z wyraźną nutką nostalgii), chociaż poplamiona i sprana serwetka nie dodawała miejscu splendoru. Jedzenie oceniłyśmy pozytywnie, ja bym dodała, że bez fajerwerków, ale smacznie. Wniosek: warto zaprosić w takie miejsce gości przyjeżdżających do Trójmiasta, niech poczują klimat.
Wieczór muzyczny - sympatycznie, chociaż chwilami nieco zbyt głośno.

środa, 24 maja 2017

Spotkanie nr 16

Tym razem wyboru dokonałam ja, więc przeczytałyśmy " Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk i z przyjemnością muszę stwierdzić, że znowu mi się udało, bo i lektura była przyjemna, i było o czym rozmawiać.

Po kilkunastu spotkaniach może czas na króciutkie podsumowanie, bo wypracowałyśmy już pewien schemat. Zamawiamy (co zajmuje sporo czasu, bo dla niektórych, a w szczególności dla niżej podpisanej, jest to proces długi i bolesny, wymagający wielokrotnych konsultacji z kelnerem) i prowadzimy niezobowiązującą pogawędkę na wolne tematy. Tuż po tym, gdy przekąska wjeżdża na stół, przechodzimy do rzeczy.

Nadal oczywiście nie ma moderatora i nie ma porządku spotkania, ale rozmowa przychodzi nam coraz swobodniej i naturalniej. Nie upieramy się też, że koniecznie musimy przeanalizować bohaterów oraz "co autor miał na myśli", bo ksiażka zazwyczaj staje się przyczynkiem do dyskusji na szersze tematy. Czasami dość zaskakujące, ponieważ idąc na ostatnie spotkanie w żadnym razie nie spodziewałam się, że będę odpowiadać na pytanie o gotowość do walki za ojczyznę.

Dopiero po dłuższym czasie wracamy do spraw z życia codziennego, a i wtedy zdarza nam się nawiązać jeszcze do lektury. No, po prostu, jestem z nas dumna!

Muszę tu jednak uderzyć się w pierś (Was przecież biła nie będę), ale chyba żadna z nas nie sprawdziła skąd dokładnie wziął się tytuł książki. Wstyd przyznać, ale ja owszem, wrzuciłam nawet w google "William Blake Ulro" lecz zadowoliłam się pobieżnym zerknięciem na pierwsze trzy wyniki. Nie było mowy, o nadrobieniiu braków i poznaniu choć trochę twórczości Blake'a. Ale też i nigdy nie byłam szczególną miłośniczką poezji. Zresztą obecnie raczej trudno o znalezienie osób, które cytują jakiekolwiek wiersze podczas pogawędki w przerwie na kawę (zawsze mi to imponowało, gdy czytałam o takich przypadkach).

Ach, byłabym zapomniała! Pojawiła się słuszna sugestia, by poświęcić dwa zdania restauracjom, które odwiedzamy. Gdyński Gard Nordic był całkiem, całkiem, ale jednak bliżej mi do innych smaków niż skandynawska kuchnia. Plusów było sporo: śledzik na przystawkę, dobre szparagi (chociaż chłodne), podpłomyk - danie główne - ze smacznym sosem musztardowym i dużą ilością sałaty, dobre pieczywo jako baza. Można wrócić, czemu nie, ale pod warunkiem, że się porządnie zgłodnieje, bo porcje są naprawdę słusznych rozmiarów. Jeśli chcecie dorzucić swoją opinię o daniach, dajcie znać (lub piszcie w komentarzach).

A.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Spotkanie nr 15



"Pokuta" generalnie nam się podobała, chociaż temperatura emocji, które wywołała lektura książki była bardzo różna. Jeśli o mnie chodzi, to byłam zdziwiona, że czytałam z prawdziwą przyjemnością, bo nie jest to mój ulubiony typ literatury (melodramaty bez happy endu - jeśli już czytam romanse, to wolę, żeby się dobrze skończyły ;). Okazało się jednak, że Ian McEwan ma po prostu do perfekcji opanowane rzemiosło i potrafi osiągnąć dowolny, zamierzony cel budując zdania w odpowiedni sposób. Chociaż kto wie, może pierwotna wersja tej powieści liczyła 800 stron i autor miał szczęście trafić na redaktora, który znał się na swojej pracy - że tak wrednie zauważę, nawiązując do "Małego życia" i wielu innych współczesnych bestsellerów (sekretarz znowu się wyzłośliwia na temat autorów, którzy nie potrafią skreślać i wydawców, którzy hołdują gustom czytelników kupujących książki jak kiełbasę, co to muszą czuć w kilogramach, za co zapłacili).

W ferworze dyskusji padło interesujące stwierdzenie, że okrucieństwa wojny były dla Robbiego nieszczęściem o wiele mniejszego kalibru, niż to, na co skazała go Briony (po naszemu: Bronia). Osobiście trudno mi się z tym zgodzić, szczególnie że (uwaga! spoiler!) bezpośrednią przyczyną sepsy u naszego bohatera była właśnie rana klatki piersiowej, której Robbie bynajmniej nie nabawił się w więzieniu. Chociaż w książce obydwa wydarzenia niosą za sobą nieodwracalne skutki, to jednak wojna jest zdecydowanie bardziej definitywna (sekretarz jest nieobiektywny i preferuje własne opinie, ale przecież: kto pisze, ten ma rację).

Z oczywistych powodów znowu wypłynął temat przemocy domowej, co dało mi sposobność do zrzucenia ciężaru własnej winy, po tym, jak na ostatnim spotkaniu niemal napadłam na Martę, a ta przemiła osoba powiedziała, że w ogóle się nie gniewa (sekretarz załatwia prywatę).

Pod koniec natomiast, od rozmowy o winie i wybaczeniu płynnie przeszłyśmy do problemu sensu życia (i to nie w wydaniu Monty Pythona). Marzyć, czy po prostu brać się za bary z codziennością? I co robić, gdy rzeczona codzienność sprawia, że na niewiele więcej pozostaje czasu? Obawiam się, że jak na razie żadna z nas raczej nie buduje pomnika ze spiżu. Nie przeczę, też zdarza mi się żałować braku spektakularnych osiągnięć. Na szczęście głęboko zakorzeniony w mojej naturze hedonizm pozwala mi na zagłuszenie tych uczuć właśnie dzięki ciekawym lekturom oraz spotkaniom w miłym towarzystwie i przy dobrym jedzeniu (sekretarz opiniuje: wątróbki - boskie!, tagliatelle z kaczką - przeciętne, deser - bdb, chociaż czekoladowy). 

PS. A jaki ten Sopot miły! Co chwilę ktoś nas próbował zaprosić na imprezę!

czwartek, 20 kwietnia 2017

Spotkanie nr 13 i 14

O ile czas, jaki poświęcamy na dyskusje nad książką wyraźnie się wydłuża, o tyle wpisy na blogu stają się coraz bardziej zdawkowe i spóźnione. Nie znaczy to jednak, że zamierzam rezygnować z funkcji samozwańczego sekretarza i aby to udowodnić szybciutko odnotuję dwa ostatnie spotkania. Przynajmniej zdążę przed sobotą.

W lutym wzięłyśmy na tapetę "Opowieść podręcznej" Margaret Atwood, natomiast w marcu - "Małe życie" Hanyi Yanagihary (tak, dałyśmy radę liczącej około 800 stron cegle, ale nadal nie umiem jej nazwiska). Obie książki dostarczyły materiału do ożywionej dysputy, a w dodatku, jakiś tydzień po wizycie w lokalu znajdującym się w gdyńskim Muzeum Emigracji, połowa z nas odwiedziła to muzeum, ciągnąc za sobą całe rodziny. W naszej pamięci na pewno zostanie też pewien kelner jako wdzięczny przykład kompletnego braku kwalifikacji do tej pracy. Pan był niewątpliwie sympatyczny, ale z napięciem wstrzymywałam oddech, gdy zbierał talerze. Na szczęście nie zdecydował się na odnoszenie trzech naczyń jednocześnie.

A jaką część prosiaka zjadła Katarzyna? Tę ze środka świni, oczywiście!

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Spotkanie nr 12

Tym razem to ja miałam przyjemność wybrać lekturę i z całkowitym przekonaniem stwierdzam, że udało mi się zrehabilitować po nieszczęsnej powieści Waters.
"Burza. Czarci pomiot" Margaret Atwood zachwyciła (świadomie wybrałam akurat ten czasownik) całą naszą czwórkę. Plusy przyznałyśmy za interesujące postaci, za ciekawą akcję, za mistrzostwo pióra, za niecodzienną interpretację Szekspira, ale przede wszystkim za rozłożenie sztuki na czynniki pierwsze i dokładną analizę pod każdym względem. Mogłyśmy popatrzeć na sztukę oczami reżysera, zastanowić się razem z nim nad motywami, którymi kierowali się bohaterowie, spróbować dobrać aktorów do postaci czy przemyśleć sprawę rekwizytów oraz scenografii. Wciągająca, oryginalna, pełna energii i niespodzianek powieść. Sama przyjemność!

Z drugiej strony czytanie sztuk Szekspira nie jest zbyt wygodne, postaci są płaskie, mylą się imiona, wiele umyka (przynamniej mi, żeby nie było, że innym przypisuję swoje słabości). Dopiero przeniesienie dramatu na scenę pozwala zaprezentować możliwości, jakie kryją się w tekście. Atwood udowodniła (podobnie, jak wielu przed nia) że Szekspir jest naprawdę uniwersalny. I zachęciła do zajrzenia do kolejnych powieści z cyklu "Projekt Szekspir". Od siebie dodam, że mam już za sobą "Poskromienie złośnicy" i, niestety, zakończenie zgrzytało mi niemiłosiernie - widocznie nie wszystkie sztuki są aż tak aktualne, przynajmniej dla osób z moimi poglądami. 

W lutym: "Opowieść podręcznej" tej samej autorki, książka obecnie dostępna jedynie spod lady w niektórych bibliotekach. Bywa też na znanym portalu aukcyjnym w cenie znacznie przekraczającej zwyczajowy koszt książki w miękkiej oprawie.

środa, 21 grudnia 2016

Spotkanie nr 11

Na szczęście, mimo przedświątecznej gorączki, udało nam się jeszcze w grudniu znaleźć czas na spotkanie. Tym razem na tapetę wzięłyśmy baronową Blixen i jej "Pożegnanie z Afryką".

Nie zabrakło entuzjastycznych opinii, dotyczących zarówno stylu pisania, jak i samej bohaterki. Jeśli o mnie chodzi, to zdecydowanie bardziej podobała mi się osoba baronowej, niż to, jak pisze. Chociaż z drugiej strony muszę oddać autorce, że umie malować obrazy słowami, czego dowodem były skrzętnie wynotowane przez Martę cytaty. Jednak bardziej niż opisy interesowały mnie obserwacje Blixen na temat Afryki i jej mieszkańców. Fascynowało mnie czytanie wspomnień osoby, która naprawdę tam była i miała niepowtarzalną okazję, by poznać świat, który dziś już nie istnieje.

środa, 23 listopada 2016

Spotkanie nr 10

Ani się człowiek spostrzegł, a roczek minął! Niniejszym zdmuchujemy więc pierwszą świeczkę i liczymy na to, że w przyszłości będzie ich przynajmniej tyle, co na urodzinowym torcie Bridget Jones w trzeciej części kinowych przygód bohaterki.

W ramach podsumowań pozwolę sobie zauważyć, że widzę pewne postępy, jeśli chodzi o nasze dyskusje: wyraźnie więcej czasu poświęcamy lekturze, a mniej tematom niezwiązanym. Na pewno też pomagały ostatnie wybory literackie, bo trzeba przyznać, że nie o wszystkich książkach chce nam się rozmawiać jednakowo. Wypracowałyśmy także w ciągu kilku minionych miesięcy system wyboru lektur, czyli każda z nas kolejno wskazuje książkę. Ma to ten plus, że zapewnia różnorodność, a przy okazji sięgamy po powieści, których bez bodźca zewnętrznego zapewne nie wzięłybyśmy do rąk.

Tu przejdę płynnie (bo właśnie to jest taki przypadek) do omawianej lektury, czyli "Powrotu z gwiazd" Stanisława Lema. Jeśli ktoś zna wszystkie cztery członkinie klubu dyskusyjnego, z pewnością łatwo odgadnie, kto wskazał właśnie tę książkę. A ja, chociaż zbierałam się od lat, pewnie na zawsze pozostawiłabym historię Hala Bregga na półce "do przeczytania".

Muszę przyznać, że osobiście nie należę, ani nie będę należała, do grona zagorzałych fanek pisarstwa Lema. Stwierdziłam nawet, że wolę czytać o autorze i jego powieściach, niż to, co napisał. Ale tym bardziej cieszę się, że miałam okazję sięgnąć po Lema, bo przychylam się do zdania reszty członkiń klubu, że wyobraźnia tego człowieka budzi prawdziwy podziw, niezależnie od tego, które wizje przyszłości się sprawdziły, a które nie i co sądzimy o bohaterach. (Pssst! Hal Bregg to "ciepłe kluchy".)

W dodatku twórczość Lema to ciekawy przyczynek do dyskusji na różne tematy - od pisarstwa science-fiction w ogólności, po podróże kosmiczne. Wieczór upłynął nam więc w miłej atmosferze. Jedynym zgrzytem był wybór restauracji - tym razem raczej cieżko znaleźć plusy. Ach nie, mam! Orłowo to piękne miejsce.

A.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Spotkanie nr 9

Notka będzie bardzo krótka, ale za to dyskusja była długa i zajmująca. Tym razem na tapetę wziełyśmy "Białe zęby" Zadie Smith - powieść wielowątkową i rozbuchaną, z całą galerią niebanalnych postaci - po prostu wymarzony wybór.

Dodatkowym plusem było odwiedzenie sprawdzonego miejsca, bo w restauracji "Krew i woda" w Gdyni karmią bardzo dobrze, a obsługa kelnerska jest bez zarzutu.

---
Korzystając z okazji chciałabym złożyć samokrytykę i zapewnić, że postaram się publikować notki z naszych spotkań w rozsądnym czasie, nie czekając, aż lista zadań nawarstwi się i spiętrzy.

Wasza samozwańcza sekretarz
A.L.

piątek, 23 września 2016

Spotkanie nr 8

Pierwsza połowa września to jeszcze kalendarzowe lato, więc nie od rzeczy było omawianie książki, której głównym tematem są wakacje. Marcel Pagnol (1895-1974) spisał swoje wspomnienia z dzieciństwa w kilku tomach, a w książce "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki" najważniejsze były właśnie letnie miesiące spędzane w domu na wsi. A dokładniej mówiąc: na kompletnym odludziu, za to w Prowansji.

Muszę przyznać, że książka mnie zauroczyła. Jest ciepła i liryczna, gloryfikuje przyjaźń i miłość, ale bez zadęcia i patosu. Jednocześnie całkiem zabawna, co oczywiście uważam za jedną z głównych zalet. Co prawda mocno zastanawiałyśmy się, jak to możliwe, by Pagnol tak dokładnie pamiętał sprawy sprzed wielu lat oraz pojawiły się uzasadnione wątpliwości dotyczące koloryzowania niektórych wydarzeń, ale kto autorowi zabroni?! Poza tym w moim przypadku nie wpłynęło to na poczucie, można rzec, uczucia niemal błogości po tej lekturze.,

Fragment opowiadający o tym, jak Marcel odpisuje na list przyjaciela (i stawia w nim starannie wybrane błędy ortograficzne oraz precyzyjne kleksy) został uznany za najbardziej ujmujący. Pewien niesmak wśród sporej części zgromadzonych wzbudziły dziecięce studia entomologiczne, polegające w dużej mierze na sprawdzaniu wytrzymałości mrówek na wysokie temperatury.

Należy natomiast koniecznie odnotować, że na ostatnim spotkaniu zadebiutowała zupełnie nowa uczestniczka. Co prawda na razie jej aktywność ograniczyła się do jedzenia, a większą część dyskusji przespała, to z dużym prawdopodobieństwem można się spodziewać, że miłość do literatury wyssie z mlekiem matki.

Kolejna lektura to "Białe zęby" Zadie Smith.

Anka

wtorek, 5 lipca 2016

Spotkanie nr 7

Autorka: Joan Didion
Tytuł: Rok magicznego myślenia

Podczas tego spotkania odbyłyśmy najkrótszą jak na razie dyskusję o książce. To świetnie, że autorka znalazła sposób na radzenie sobie z żałobą, ale dobrej literatury z tego nie ma. Mimo całej sympatii i współczucia dla pisarki, na temat samej lektury nie miałyśmy wielu pozytywnych uwag. A jeśli  się nie ma nic dobrego do powiedzenia, to lepiej nic nie mówić, nieprawdaż?

Następne spotkanie pewnie dopiero po wakacjach. Za to powieść, zaproponowana przez niżej podpisaną, jest po prostu przepiękna i przesympatyczna. Ha!

Anka

poniedziałek, 30 maja 2016

Spotkanie nr 6

Autor: Haruki Murakami
Tytuł: Mężczyźni bez kobiet

Z satysfakcją stwierdzam, że było to bardzo udane spotkanie, zarówno pod względem literatury, jak i jedzenia.

Nawet jeśli Haruki Murakami zarobił kilka minusów, to wciągnęły nas jego historie. Otwarte zakończenia nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie - wzmagały ciekawość i dodawały smaczku. Tajemniczość w ogóle to wspólny mianownik opowiadań, przy czym tym razem autor powściągliwie wprowadza elementy magiczne, bo średnio za nimi przepadam. Niestety nie odmawia sobie kwiecistych, pełnych patosu i czasami zwyczajnie pretensjonalnych zdań - ale taka już uroda Murakamiego. Mogę mu to wybaczyć, bo oprócz tytułowego opowiadania, wszystkie pozostałe historie zwyczajnie mi się podobały. Mniej lub bardziej, ale jednak przeczytałam z przyjemnością.

"Mężczyźni bez kobiet" to historie o letniej temperaturze, ale jednocześnie pełne ukrytych emocji. Bohaterowie są dość bierni, pogodzeni ze światem i przypadkami losu - akurat ta kwestia przywołała temat różnic kulturowych pomiędzy Japończykami a resztą świata - jednak nie nudni.

Smaczna japońska kuchnia była wisienką na torcie.

I jeszcze zapowiedź kolejnego spotkania: było o samotności, będzie o żałobie. Przed nami "Rok magicznego myślenia" niejakiej Joan Didion. Ten wybór to ryzyko, nawet biorąc pod uwagę wszystkie nagrody i nominacje, które otrzymała książka, ale w najgorszym przypadku będziemy się po prostu pastwić nad autorką, a 288 stron jakoś wytrzymamy. Zresztą, kto wie? Może czeka nas niespodzianka i po tej lekturze przyjdziemy odmienione?

Przekonamy się w czerwcu.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Spotkanie nr 5

No i pudło! Wnioski po lekturze "Muskając aksamit" były, niestety, bardzo zgodne - nie podobało się. Debiut Sarah Waters rozczarowywał zarówno jeśli chodzi o styl, jak i postaci oraz fabułę. Tu muszę przyznać, że "Za ścianą" tej samej autorki, było bez porównania lepsze, co jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że z czasem większość pisarzy pisze coraz lepsze książki. Banał, wiem, ale ten przypadek to świetna ilustracja powyższej tezy.

Ponatrząsałyśmy się nieco z licznych opisów scen miłosnych, szczególnie tych wyuzdanych. Moim zdaniem są w sam raz dla rumieniących się nastolatek, i to tych niezbyt krytycznych.

Padło też pytanie, co bym zrobiła, by książkę poprawić. Moim zdaniem jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź - wykreśliłabym niemal całą drugą połowę. Myślę, że byłabym doskonałym redaktorem - nie znam litości dla niespójnych czy niepotrzebnych wątków. Uważam, że historia miała duży potencjał - prowincjonalna dziewczyna, która zaczyna odkrywać swoją seksualność, a w dodatku nagle musi odnaleźć się w wielkim mieście, w nie do końca przeciętnych okolicznościach - mogło być bardzo ciekawie. A wyszło nudno i nieco żenująco.

Za to jedzenie - pierwsza klasa! Wprowadziłyśmy też znaczącą odmianę do strategii zamawiania: wszystkie zdecydowałyśmy się na wołowinę. Przesyłamy zatem ukłony kucharzowi w Tłustej Kaczce za sos i całą resztę.

Proces wyboru następnej lektury trwa. Zajmę się tym w najbliższych dniach.
A.

wtorek, 22 marca 2016

Spotkanie nr 3 i 4

Czas leci i mamy za sobą dwa kolejne spotkania, a trzecie za pasem, więc nie najlepiej sprawuję się jako sekretarz. Najistotniejszy jednak jest fakt, że po ostatniej zbiórce wyszłam bardzo usatysfakcjonowana.

Ale po kolei.

Książka "Jak być kobietą" Caitlin Moran wywołała dość ożywioną dyskusję, czemu nie można się dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że spotykają się cztery kobiety, a książka jest o feminizmie. Niemniej spotkanie, którego bohaterem był "Bóg mordu" Yasmin Reza okazało się jeszcze ciekawsze i mam w związku z tym własną teorię, że dobra literatura, z intrygującymi, pełnokrwistymi postaciami jest o wiele przyjemniejszym tematem do rozmowy, niż najbardziej kontrowersyjna książka. Bo chociaż głos Caitlin Moran uważam za bardzo ważny i ciekawy, i żywię do autorki sporo ciepłych uczuć, to literacko nie są to najwyższe loty. A "Bóg mordu" to prawdziwa uczta, ze wszystkimi niuansami, gierkami i półcieniami. W czasie dyskusji raz po raz okazywało się, że nie da się jednoznacznie ocenić bohatera, że dla każdego argumentu (czy wręcz zarzutu) można znaleźć przeciwwagę. I było się o co spierać, co zawsze mnie cieszy, bo tak pięknie się różnimy.

Do zobaczenia w kwietniu.